Prolog I
Ciało dziewczynki wciąż było ciepłe. Jej serce biło jeszcze kilka chwil temu. Teraz spoglądała na świat martwym wzrokiem. Jej ciemna jak noc skóra zaczęła pokrywać się lodem.
Nie miała więcej niż dwanaście lat. Nie mogła rozumieć swojej mocy. Cały jej ród wymordowano lata temu, a ciotka nie śmiała zdradzać jej tajemnicy. Dlatego teraz nie żyła.
Zaledwie kilka dni temu po raz pierwszy się przeniosła. Stała się smugą światła. Przeszła z jednego końca wioski na drugi. Wędrowała powoli, a mimo to ruchy członków ludów, których mijała, były jeszcze bardziej ospałe. Jakby cały świat zaczął poruszać się w spowolnionym tempie.
Później słyszała, jak jej znajomi rozprawiają o smudze światła, która przemknęła przez obóz. Mówili, że jakiś Duch musiał się ostać. Że nie zabili wszystkich.
Cylia nikomu nie powiedziała o swojej przypadłości, bo zabiliby i ją. Słyszała historie o rodach, w których płynęła błękitna krew. Niektórzy z nich w nastoletnim wieku zaczynali patrzeć na świat inaczej. Wybrani odbywali pierwszą wędrówkę. Potrafili podróżować jako smugi światła. Stąd wołano na nich Duchy.
Kiedyś na ziemiach Zimowego Ludu stała szkoła przeznaczona tylko dla tej garstki wybranych. Pewnego dnia jednak władca Zimowego Ludu zupełnie postradał zmysły. Kazał wymordować wszystkie rody, w których płynęła błękitna krew. Wszystkie, z których potomstwa kiedyś mogłyby się narodzić Duchy.
—7—