← Strona głównaStrona 1 z 39

Czytaj, przewijając płynnie w dół

Prolog I

Ciało dziewczynki wciąż było ciepłe. Jej serce biło jeszcze kilka chwil temu. Teraz spoglądała na świat martwym wzrokiem. Jej ciemna jak noc skóra zaczęła pokrywać się lodem.

Nie miała więcej niż dwanaście lat. Nie mogła rozumieć swojej mocy. Cały jej ród wymordowano lata temu, a ciotka nie śmiała zdradzać jej tajemnicy. Dlatego teraz nie żyła.

Zaledwie kilka dni temu po raz pierwszy się przeniosła. Stała się smugą światła. Przeszła z jednego końca wioski na drugi. Wędrowała powoli, a mimo to ruchy członków ludów, których mijała, były jeszcze bardziej ospałe. Jakby cały świat zaczął poruszać się w spowolnionym tempie.

Później słyszała, jak jej znajomi rozprawiają o smudze światła, która przemknęła przez obóz. Mówili, że jakiś Duch musiał się ostać. Że nie zabili wszystkich.

Cylia nikomu nie powiedziała o swojej przypadłości, bo zabiliby i ją. Słyszała historie o rodach, w których płynęła błękitna krew. Niektórzy z nich w nastoletnim wieku zaczynali patrzeć na świat inaczej. Wybrani odbywali pierwszą wędrówkę. Potrafili podróżować jako smugi światła. Stąd wołano na nich Duchy.

Kiedyś na ziemiach Zimowego Ludu stała szkoła przeznaczona tylko dla tej garstki wybranych. Pewnego dnia jednak władca Zimowego Ludu zupełnie postradał zmysły. Kazał wymordować wszystkie rody, w których płynęła błękitna krew. Wszystkie, z których potomstwa kiedyś mogłyby się narodzić Duchy.

—7—

Teraz jedna z ostatnich przedstawicielek rodów o błękitnej krwi nie żyła. Podczas swojej wędrówki odeszła zbyt daleko w las. Nie starczyło jej sił, aby powrócić do domu. Z godziny na godzinę jej ciało słabło, aż w końcu straciła przytomność i zamarzła.

Nagle jej usta otworzyły się. Łapczywie nabrała powietrza i otrzepała się z przysypującego ją śniegu. Nie była to już jednak Cylia. Cylia umarła. Jej ciało zamieszkał ktoś inny. Ktoś, komu trafiło się najlepsze ciało, o jakim mógł marzyć. Ciało Ducha nieposiadające właścicielki, jednak na tyle ciepłe, aby mogło być zamieszkane.

Czarne dredy dziewczynki stały się srebrne. Jej oczy spoglądały na świat, choć nie miały źrenic.

Vaqirra uśmiechnęła się. Była jedną z Ośmiu Wiecznych. Oni jednak pragnęli umrzeć. Zmęczyły ich tysiące lat chodzenia po tej ziemi. Pragnęli znaleźć zastępców. Jednak aby jeden Wieczny umarł, reszta musi również zgodzić się na śmierć, wyznaczając zawczasu zastępców. Jeżeli Wieczny, który posiadł ciało członka ludu lub człowieka, umrze bez następcy zaakceptowanego przez resztę, lud, którego był patronem, zostanie zgładzony.

Vaqirra nie zamierzała jednak zgodzić się na śmierć, mimo że reszta tego pragnęła. Wypowiedziała im więc wojnę. Wojnę, której nie ma zamiaru staczać sama w zaświatach. Przeniesie ją na ten świat. I tak trawiony był długoletnimi walkami prowadzonymi przez członków ludu. Jaka będzie różnica, jeżeli dołączy do niej kilka bóstw?

—8—

Prolog II

Marmurowe nagrobki porosły ciemnym bluszczem. Osiem ogromnych kamiennych posągów wpatrywało się w jeden punkt. Ustawione były w okręgu. Pośrodku nich leżał głaz odznaczający się od otoczenia swoim kształtem. Był płaski i owalny.

Leon ostrożnym krokiem wszedł do wnętrza kręgu i przyjrzał się miażdżącym go wzrokiem postaciom. Poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa przechodzi go dreszcz. Dlaczego zegarek musiał znajdować się na cmentarzu? Ze wszystkich możliwych miejsc musiało to być to najbardziej upiorne? I dlaczego, do jasnej cholery, nie mógł wcześniej go znaleźć?

Kiedyś na wycieczce napotkał ruiny starej wieży. Była na tyle zniszczona, że nie próbował nawet wspiąć się na jej szczyt. Gdyby tylko pofatygował się wtedy, aby na nią wejść… Gdyby tylko czuł w sobie taką potrzebę, oszczędziłby sobie miesięcy samotności. Miesięcy katuszy. Oczywiście zakładając, że zegarek będzie prosty w obsłudze. Miał nadzieję, że intuicyjnie będzie wiedział, jak się nim posługiwać. Inaczej chyba się załamie.

Podszedł do spłaszczonego kamienia, czując, jak w jego sercu budzi się ekscytacja. W końcu wracał do domu! Przejechał opuszkami palców po wyrzeźbionych wypukłościach. Przypominały hieroglify nieznanego mu języka. W środku kamienia wydłubana była dziura wielkości zaciśniętej pięści. Chłopak zagryzł usta i z nadzieją włożył rękę do otworu.

—9—

Rozdział 1

Yun

W pomieszczeniu unosił się drażniący zapach alkoholu wymieszany z ciężkim odorem potu. Karczma u Guaga była jedynym miejscem, w którym dało się ogrzać na tyle, by gruczoły potowe wreszcie zaczęły pracować. Poza kwaterami dowództwa był to jedyny porządnie ogrzewany budynek na terenie całego obozu.

Z tego i z wielu innych powodów karczma niemal zawsze pękała w szwach. Tłum ogromnych, ściśniętych ze sobą żołnierzy wlewał w siebie niekończące się ilości trunków, przesiadując tu każdą wolną chwilę. Szczególnie tłoczno robiło się, gdy zbliżała się bitwa. Na dwa lub trzy dni przed planowanym starciem generał pozwalał swoim ludziom na względną samowolkę, świadomy, że część z nich zapewne idzie na śmierć. Ten gest budował między nim a żołnierzami specyficzną więź. Dzięki temu, a także innym decyzjom dowódcy, wojsko wiedziało, że widzi on w nich przedstawicieli Szlachetnych Ludów i nie zrównuje ich z wyspiarzami.

Przy jednym z podłużnych, drewnianych stołów, wciśnięty w kąt przez masywne cielsko sąsiada, przycupnął czternastoletni chłopiec.

Ręce położył na blacie, starając się zajmować jak najmniej miejsca i jednocześnie ogrzewać palce o ciepły kubek miodu. Mimo że w pomieszczeniu było duszno i pot spływał mu po skroniach, dłonie wciąż miał skostniałe z zimna. Nie wiedział, dlaczego tak się działo. Niezależnie od miejsca i temperatury,

—11—

dotyk jego opuszków zawsze przeszywał ciało lodowatym dreszczem.

Chłopak nie zamykał ust ani na chwilę. Gadał bez przerwy, przekonany o swoim znaczeniu wśród rozmówców. Jego kompania lubiła czasem z niego żartować albo słuchać zmyślonych historyjek, ale nikt nie uważał go za kogoś istotnego – mimo że w rzeczywistości nim był. Już niedługo miał przejąć funkcję wojskowego maga, z czego szczególnie cieszył się generał, bo z obecnym młodzieńcem piastującym to stanowisko nie dało się współpracować. Za niespełna sześćdziesiąt dni próżniak miał zmienić się w „mrożącą krew w żyłach zjawę”, a przynajmniej tak twierdzili oficerowie, którzy przy każdej okazji dogryzali chłopakowi. Uwierał ich jego status i bezczynność.

Problem w tym, że umiejętności maga wymierzone przeciwko Zimowym Ludom byłyby nieocenione. Wróg walczył na własnym terytorium, znał każdy zakamarek wyspy, poruszał się nieznanymi ścieżkami, a do tego ubierał się tak, jakby panowało lato. No i posiadał Duchy – przynajmniej w to wierzyli żołnierze, bo jak inaczej wytłumaczyć serię porażek?

Zimowe Ludy nie były liczne, a ich odporność na zimno dało się obejść. Mundury wojskowe zaprojektowano tak, by nie krępowały ruchów. A jednak coś się nie zgadzało.

Tubylcy musieli mieć jakąś nadnaturalną pomoc. Generał, głęboko w to wierząc, zapewniał, że wśród Zimowych nie został już ani jeden Duch. Według niego istniały one tylko w pradawnych czasach, a sami Zimowi, bojąc się ich potęgi, wycięli całą linię rodową będącą źródłem tej siły. Żołnierze jednak mieli własne przekonania. Słowa generała uznawali za przejaw niedowiarstwa.

—12—

Plotkę o powrocie Duchów zapoczątkował najmłodszy z wojowników. Dopiero co skończył dwadzieścia jeden lat. Chcąc nacieszyć się choć odrobiną prywatności, wybrał się na nocną wyprawę z jedną z kobiet z wioski, którą wcześniej zajęli.

Już wcześniej koledzy z oddziału regularnie żartowali z jego zauroczenia. Choć w ich obecności ledwie zamieniał z dziewczyną kilka słów lub uśmiechów, nie dało się nie zauważyć, jakimi względami ją darzył. Jeśli się wymykał, robił to nocą, gdy większość spała, a na warcie stali jego najbliżsi przyjaciele.

Tej nocy, w dniu swoich urodzin, poszedł z nią do lasu. Dziewczyna chciała zrobić mu niespodziankę. Zaprowadziła go do miejsca zwanego Polaną Starych Bóstw. Wyprawa zapowiadała się niewinnie. Wodospady, które dziewczyna mu pokazała, lśniły dziwnym, niemal nierealnym światłem.

Rankiem jednak nie zakradł się wystarczająco cicho do namiotu. Podniósł alarm.

Wielu widziało, jak bardzo był roztrzęsiony. Generał, usłyszawszy od postronnych żołnierzy, co rozpowiada młodzieniec, natychmiast wezwał go do siebie i wysłuchał relacji. Wymierzył karę za opuszczenie obozu, ale nie zdecydował się na jego usunięcie. Zniknięcie chłopaka tylko pogłębiłoby chaos. Poza tym zdążył już zarazić obóz swoją historią – jego śmierć uznano by za próbę uciszenia.

Chłopak przeżył, choć nie oszczędzono mu bata. Plotka początkowo pozostała plotką, lecz z czasem przerodziła się w groźną, siejącą popłoch wśród szeregów, legendę. Z jednego Ducha zrobiły się trzy, potem siedem, dwadzieścia, aż w końcu całe zastępy. Wojownicy, sącząc piwo, opisywali ich wygląd. Jedni mówili o olbrzymach, inni o kłach i syczeniu jak u węży.

—13—

Jeszcze inni twierdzili, że to potomkowie smoków, ukrywający swoje prawdziwe oblicze pod postacią człowieka. Ta ostatnia wersja była najgroźniejsza – budziła nieufność nawet wobec najbliższych przyjaciół.

A jednak jedyna osoba, która naprawdę widziała Ducha, opisałaby go inaczej.

Powiedziałaby, że przypominał dziecko. Małą dziewczynkę z białymi ślepiami, długimi srebrnymi włosami i ciemną skórą. Jej spojrzenie paraliżowało, mimo że było puste. Choć patrzyło na niego dziecko, miał wrażenie, że obserwuje go istota licząca tysiące lat – i robi to z niebywałym okrucieństwem.

Chłopak nie wiedział, dlaczego kreatura pozwoliła jemu i jego ukochanej uciec. Od tamtego czasu nie przespał jednak w całości ani jednej nocy. Wciąż widział dziewczynkę, stojącą pośród śniegów i drzew. Bosą, w białej sukience sięgającej kolan, powiewającej na wietrze. Zdawała się wnikać w duszę. Była z Zimowego Ludu. Mogła więc być Duchem. Był tego pewien. Stanął twarzą w twarz z pradawną istotą.

Kiedy jednak opowiadał swoją wersję towarzyszom, wyśmiewali go. Twierdzili, że prawdziwy obraz musiał zatrzeć mu się w pamięci, po czym rozpowiadali o jeszcze straszniejszych potworach – większych, uzbrojonych w rogi, kły i pazury.

Teraz jednak młody, dobrze się zapowiadający mag siedział w karczmie u Guaga, przy wyżartym przez korniki blacie, głośno dyskutując z olbrzymim żołnierzem o brodzie sięgającej pasa. Siekierę miał niezmiennie przewieszoną przez ramię. Sprzeczali się, kto wygrałby pojedynek, gdyby chłopiec już był magiem, kiedy nagle po całym obozie rozległ się dudniący dźwięk dzwonu.

—14—

Wszyscy zamarli, nasłuchując uderzeń. Gdy alarm ucichł, napięcie opadło. Żołnierze ponownie się rozluźnili, a wrzawa rozpoczęła się na nowo.

Nastoletni chłopiec, zwany Yunem, gwizdnął na pulchną kobietę roznoszącą trunki. Chwilę później z hukiem postawiła przed nim kufel miodu.

– Uważaj – sapnął łysy mężczyzna, dwukrotnie większy od niej. – Jesteś chudy. Jak zaśniesz na śniegu, nie doczekasz świtu.

– Znam swoje limity, Vondanie – odparł Yun, wywołując falę śmiechu.

– Ty! Małooki!

Chłopak spojrzał w stronę średniego wzrostu mężczyzny, który mimo postury budził lęk nawet wśród dużo roślejszych od siebie. Jego oczy pałały sadyzmem, a cienkie usta układały się w zgryźliwą linię. Twarz pokrywały blizny. Na jedno oko nie widział – nikt nie wiedział, czy od urodzenia, czy z powodu ran odniesionych w trakcie swojego bujnego życia.

– Co? – odburknął Yun.

Rzadko zwracano się do niego po imieniu. Zwykle wołano na niego Małooki albo Skośnooki. Nie obrażał się. Wiedział, że nie mieli pojęcia, skąd pochodzi. Nikt z nich nigdy nie słyszał o Japonii. Był jedynym człowiekiem, jakiego znali, więc doszli do wniosku, że wszyscy ludzie tak wyglądają. Nie miał im tego za złe, tym bardziej że zazwyczaj powtarzali, że tak naprawdę ma korzenie z Lulu albo że wygląda jak krwiożercy z Lulu. Yun nie miał pojęcia, czym było Lulu. Nie dopytywał. Wolał nie ciągnąć tematu.

Od niechcenia zmrużył oczy. Doskonale wiedział, czego

—15—

chce od niego kat. Mimo to liczył, że tym razem go nie pośle. Tak przyjemnie mu się odpoczywało w towarzystwie Vondana i innych…

– Słyszałeś dzwon – mruknął mężczyzna niskim, chropowatym głosem, łypiąc na niego spode łba. – Mógłbyś mnie dziś wyręczyć? Chyba złapał mnie skurcz żołądka.

Dokończył, teatralnie chwytając się za brzuch i wykrzywiając twarz w przesadnym grymasie bólu. Już bez tego był wyjątkowo szpetny. Nie musiał jeszcze bardziej pogarszać swojego wizerunku.

Yun przewrócił oczami, ale wstał z ławy i przecisnął się między rosłymi cielskami aż do wyjścia. Stojąc w progu, odkrzyknął jeszcze:

– Stawiasz mi kolejkę, jak wrócę! – I zniknął w ciemnościach nocy.

Przez obóz przemaszerował bez żadnych przygód. Panowała w nim zupełna cisza, przerywana jedynie śmiechem strażników i ujadaniem psów. Minął granicę terenu, który swobodnie mogło opuszczać tylko dowództwo, kat i on sam, ponieważ regularnie służył jako jego zastępca. Nie dlatego, że zgłosił się na ochotnika, lecz dlatego, że na początku wszyscy traktowali go jak głupiego dzieciaka, nieświadomego tego, co się dzieje. Co w gruncie rzeczy było prawdą.

Jako wieczna ofiara przytyków postanowił w końcu przerwać ten niekończący się potok drwin.

Żołnierzy szczególnie bawił fakt, że znalazł się w samym środku wojny, choć nigdy nikogo nie zabił. Szukając rozwiązania, Yun stwierdził, że równie dobrze może przełamać tę barierę, uśmiercając kogoś, kto i tak był skazany na śmierć.

—16—

Dezertera, zdrajcę albo żołnierza, który pozwolił sobie na zbyt wiele.

Pewnego razu wyręczył więc kata, choć większość stawiała zakłady, że nie da rady. Kiedy jednak mu się udało – i to zaskakująco sprawnie jak na takiego chłystka – kat zauważył, że chłopak nie przejął się swoją ofiarą. Wręcz przeciwnie, napawał się dumą i wiwatami, które świadczyły o tym, że właśnie stał się mężczyzną. Wtedy kat uznał, że może raz czy dwa skorzystać z jego pomocy.

Z czasem sam zaczął pojawiać się przy swoim stanowisku coraz rzadziej, aż wreszcie to Yun stał się głównym katem obozu. Przynajmniej teoretycznie. Oficjalnie funkcję wciąż piastował poprzedni mężczyzna i to on pobierał pełne wynagrodzenie. Yunowi oddawał jedynie jedną piętnastą zarobku, twierdząc, że to i tak za dużo jak na takiego chudzielca.

Był jeszcze jeden powód, dla którego kat wybrał właśnie jego.

Większość ludzi po pierwszym zabójstwie zmagała się z wyrzutami sumienia, osłabieniem psychicznym albo żałością, która ciągnęła się tygodniami. Tym większe było jego zdziwienie, gdy Yun następnego dnia, jak gdyby nigdy nic, pojawił się na śniadaniu wypoczęty, w dobrym humorze i z apetytem za trzech. Zapytany, jak się czuje, odpowiedział, że świetnie. A widząc zdziwienie na twarzach towarzyszy, dodał, że przecież po bitwie nikt nie czuje się gorzej – więc dlaczego z katem miałoby być inaczej?

Żołnierze nie odpowiedzieli. Po chwili wrócili do rozmów.

Yun nie miał racji. Wielu wojowników zmagało się z koszmarami, nawiedzającymi ich w dzień i w nocy. Jedni cierpieli

—17—

mniej, inni bardziej, ale każdy pamiętał swoje pierwsze morderstwo. Jeśli nie uśmiercili kogoś, kogo szczerze nienawidzili, pozostawał w nich smutek – echo wymierzonej sprawiedliwości, do której nigdy nie mieli prawa.

Kat jednak zauważył, że chłopakowi odcinanie głów zaczęło się podobać. Postanowił to wykorzystać.

Dla Yuna nowy obowiązek szybko stał się czymś w rodzaju sportu. Podnoszenie ciężkiego topora było wymagające dla tak młodego ciała, ale traktował to jak sprawdzian siły.

W końcu dotarł na miejsce.

Skazaniec był gotowy. Klęczał ze skrępowanymi za plecami rękami, z głową ułożoną na ściętym pniu. Yun westchnął głośno, po czym skinął głową dwóm żołnierzom stojącym obok.

Problem polegał na tym, że robił to już od trzech lat i zdążyło mu się to znudzić. Denerwowało go, że kat ciągle się nim wysługuje, że płaci mu grosze i że musi iść taki kawał w zimnie. Tu nigdy nie było ciepło. Śnieg sypał bezustannie, a do tego dochodziło dojmujące znużenie.

Ułożył dłonie na trzonie topora, zacisnął palce i z głośnym świstem wypuścił powietrze z płuc. Uniósł broń, a potem – nie zważając na skamlącego i błagającego o litość skazańca – opuścił ostrze. Głowa odpadła za pierwszym zamachem.

Yun upuścił topór, wsunął ręce do kieszeni ciepłego płaszcza i odwrócił się. Na szczęście nie musiał sprzątać, więc szybko odszedł.

– Nie chcesz wiedzieć, za co go zabiłeś? – zdążył zapytać jeden z żołnierzy.

– Hm? – mruknął Yun, zerkając przez ramię. Gołym okiem było widać, jak bardzo go to nudzi.

—18—

– Nie interesuje cię, dlaczego musiał umrzeć?

– Czemu? – zapytał bez cienia ciekawości. Chciał już wrócić do karczmy.

– Był szpiegiem. Zdrajcą. Donosił Zimowym Ludom.

Żołnierz wypowiedział te słowa z niemal nabożną powagą, jakby chciał w ten sposób oddać ostatni hołd zmarłemu.

– Aha… To chyba dobrze, że… już nie żyje – rzucił obojętnie Yun.

Niewzruszony, prędko odwrócił się od natręta i ruszył w stronę obozu. Brakowało mu jeszcze modłów za duszę skazańca.

– Wyznawca Wiecznych. – Parsknął pod nosem. – Żałosne.

Wiara w Ośmiu Wiecznych była najbardziej powszechną. Czasami nazywano ich również Patronami lub Założycielami. Każda z wysp miała swojego patrona. Osiem wysp okalających ogromny kontynent, złożony z mniejszych wysepek połączonych licznymi mostami. Yun zawsze gardził wyznawcami Ośmiu. Założenie, że istnieje jakakolwiek siła wyższa, ujmowało jego intelektowi. Tym bardziej, kiedy próbowano mu wmówić, że nad wyspami czuwają ludzie. Ośmiu przybyłych ze świata najzupełniej zwyczajnych ludzi. On też był człowiekiem, a jego jakoś nikt nie traktował jak bóstwo. Przynajmniej na razie.

Przy karczmie zaczepił go wysłannik generała. Yun próbował udawać, że go nie widzi. Z głową wtuloną w kożuch, spuszczonym wzrokiem i rękami w kieszeniach chciał przemknąć do środka. Bezskutecznie.

Najwidoczniej generał wysłał młokosa, który nie wie, kiedy wykonać rozkaz, a kiedy wspomóc kamrata… Kiedy był już o krok od progu karczmy, niespełna dwudziestopięcioletni

—19—

mężczyzna chwycił Yuna mocno za rękę i ostrym tonem nakazał, by poszedł z nim do kwatery dowódców. Yun dał do zrozumienia, że wykona polecenie dobrowolnie, ale wysłannik nie puścił go aż do samych drzwi chaty, ciągnąc go za sobą jak niesforne dziecko.

Takich Yun nienawidził najbardziej. Zapalczywych dupków przekonanych o własnej ważności, którzy przy pierwszej bitwie skończą jako mięso armatnie. Zawsze najgłośniej rwali się do roboty, jakby od tego zależał ich status. A kiedy już trochę popili, snuli plany, oceniali innych, nie zauważając rechotów i kpin rzucanych im w twarz.

Nie rozumiał, czemu zamiast zjednywać ludzi, robią sobie wrogów. Przecież za takiego nikt później nie odda życia.

Najgorszy był jednak ich język. Wszyscy, co do jednego, byli konfidentami. Skarżyli tak często, że nawet dowódcy unikali ich jak mogli, nie chcąc słuchać paplaniny o najmniejszych przewinieniach swoich podopiecznych.

Na miejscu wysłannik uderzył kilka razy kołatką. Po chwili drzwi się otworzyły.

– Dziękuję, Osberdzie – powiedział mężczyzna w średnim wieku, poważnie spoglądając na swojego gościa, po czym skinął nań głową, aby wszedł do środka. – Cieszę się, że cię znalazł – kontynuował generał.

Wnętrze było schludne i prosto urządzone. Pośrodku stał długi stół pokryty mapami i figurkami. Przy kominku siedziało trzech oficerów, wyciągając dłonie do ognia. Pozdrowili Yuna skinieniem głowy.

Nikt nie zdejmował wierzchniego odzienia. Mimo ogrzewających izbę płomieni wciąż było chłodno.

—20—

– Czemu zostałem wezwany? – zapytał Yun.

Nie skłonił głowy. Generał był jedną z nielicznych osób, których Yun naprawdę się bał i szanował. A mimo to nie potrafił okazać tego w tradycyjny sposób. Początkowo inni oficerowie gnoili go za brak manier, lecz w końcu uznali, że to kwestia jego obcej kultury.

Dla nich był dzikusem z Lulu.

Nigdy w życiu tam nie był.

Mężczyzna oparł dłonie o blat i spojrzał Yunowi w oczy, jakby próbował coś z nich wyczytać. Nie trwało to długo. Po chwili odezwał się, z powagą cedząc każde słowo.

– Jutro z rana ponownie atakujemy.

Yun uniósł wysoko brwi. Tego się nie spodziewał. Sprawy potoczyły się szybciej, niż zakładał.

– Sądziłem, że poczekamy, aż choć trochę się ociepli. Jest środek zimy. Połowa z nas nie wytrzyma mrozu na otwartej przestrzeni – zaznaczył. Był niemal pewien, że na polu bitwy odpadną mu palce. Z jakiegoś powodu ciągle miał je lodowate. Jeśli spędzi zbyt dużo czasu na zewnątrz, całkiem zamarzną.

– Latem też jest tu zima, więc co za różnica? – wtrącił jeden z oficerów, grzejąc dłonie przy ogniu. – Teraz mamy szansę na zwycięstwo. Podobno mają wewnętrzne problemy. W końcu to społeczność podzielona na dwie rasy. Nawet podczas wojny ta, która zasiada na tronie, uciska drugą. Podobno właśnie wybuchł bunt i są wystarczająco zajęci jego tłumieniem.

– Podobno? Czyli nie wiemy na pewno? – Yun pokręcił głową z niedowierzaniem. Nie spieszyło mu się do grobu. Najpierw musiał zdobyć obiecaną mu moc. – To oznacza, że możemy ryzykować życie na darmo.

—21—

– Właśnie dlatego cię tu sprowadziłem – odezwał się generał. – Ty się nie narazisz. Zostaniesz. Walczyć będą tylko wyszkoleni wojownicy.

Jego ton nie pozostawiał miejsca na dyskusję.

Mimo to Yun musiał spróbować. Musiał wiedzieć dlaczego. Poczuł się zdradzony, jakby generał ugodził go nożem w pierś i z uśmiechem zaczął nim obracać. Przecież obiecał. Obiecał, że Yun nie będzie już siedział bezczynnie. Że przestaną traktować go, jakby nie istniał.

– Dlaczego? Tak to teraz będzie wyglądać? Im będę starszy, tym mniej mi będzie wolno? Nie mogę nawet pojechać i obserwować? Walka została mi obiecana. Łamiesz słowo, generale – powiedział ostrzej, niż zamierzał.

Oficerowie natychmiast podnieśli się z kanapy i stanęli po obu stronach dowódcy. Ich gniewne twarze, poorane bliznami, i masywne sylwetki mogły przyprawić zwykłego człowieka o dreszcze. To właśnie takich Terynt, państwo kontynentalne, wysyłało do Zimowych Ludów, którzy mieli jakiekolwiek szanse przetrwać panującą tu przez cały rok zimę. Yun do nich nie pasował. Za chudy i drobny nie przetrwałby jednego dnia bez odpowiedniej protekcji.

Generał zmierzył go ostrzegawczym spojrzeniem, układając dłoń w ocieplanej rękawicy na rękojeści topora.

– Przepraszam. – Yun natychmiast się zreflektował, ze zirytowaniem zagryzając wargę.

Wielkoludy… Kiedy jego status na wyspie się zmieni, kiedy awansuje i z mieszkańca stanie się strażnikiem, pokaże im, jak to jest mieć nad kimś władzę. Jak to jest przewyższać kogoś siłą i obnosić się z tym na każdym kroku.

—22—

– Jutro nie pójdziesz – powiedział generał spokojniej. – Ryzyko jest większe niż zwykle. Gdybyś został wciągnięty w wir walki, oznaczałoby to natychmiastową śmierć. A my nie potrzebujemy cię martwego.

Yun zacisnął szczękę, ale spuścił wzrok i skinął głową. Jasne. Dopóki jest im potrzebny, będą trzymać go przy życiu. Jak to szlachetnie brzmi.

– Mogę już iść? – zapytał, widząc, że audiencja dobiegła końca.

– Tak.

Odwrócił się w stronę wyjścia, lecz generał odezwał się jeszcze raz.

– Yun. Ile dni ci zostało?

– Pięćdziesiąt dziewięć – odpowiedział, nagle czując ciężar kieszonkowego zegarka wiszącego na jego szyi.

– W takim razie postaraj się nie narażać. Chociaż przez te pięćdziesiąt dziewięć dni. Serce by mi z piersi wylazło, gdyby coś ci się teraz stało, a ja zostałbym z tym darmozjadem. Nie po to tyle czekaliśmy. Pamiętaj, jak cenny jesteś.

Generał uśmiechnął się nieznacznie.

Yun skinął głową i ruszył ku wyjściu. Stanął w progu, jedną ręką trzymając drzwi, ignorując lodowaty podmuch. Już miał się pożegnać, gdy w obozie rozległ się krzyk, a chwilę później dudnienie dzwonu.

„Czyżby kolejna egzekucja?”, przemknęło mu przez myśl.

Wsłuchał się w liczbę uderzeń. Gdy dzwon ucichł, spojrzał na generała, którego ostre spojrzenie zdawało się niszczyć wszystkie jego marzenia.

– Nawet o tym nie myśl.

—23—

Nigdy wcześniej nie słyszał u niego tak stanowczego tonu. Dreszcz przebiegł Yunowi po kręgosłupie, lecz jednocześnie poczuł lekkość. W jednej chwili rzucił się do biegu, słysząc za sobą przekleństwa wykrzykiwane przez generała. Wiedział, że zmarznięci oficerowie robią wszystko, by go dogonić, ale było już za późno. Było ciemno, a on po niecałej minucie biegu wtopił się w tłum wojowników zmierzających ku lasowi.

Nie miało znaczenia, jak wielkim szacunkiem darzył dowódcę. Takiej okazji nie mógł zmarnować. Jeśli alarm okaże się prawdziwy, nie wybaczyłby sobie tego do końca życia. A jeśli fałszywy – nic mu się nie stanie.

Żołnierze pędzili rozproszeni, ich sylwetki migały między drzewami. Nieliczni nieśli pochodnie, ale smagający bezlitośnie wiatr szybko zgasił ostatnie płomienie. Drogę oświetlał jedynie kapryśny księżyc, który to niknął, to wyłaniał się zza chmur.

Nagle po lesie rozszedł się głuchy trzask. Ktoś naciągnął cięciwę i wypuścił strzałę. Inni poszli za jego przykładem.

Yun nie był w stanie dorównać najszybszym mężczyznom, więc dotarł na miejsce z ostatnimi. Umierał z ciekawości. Chciał zobaczyć kreaturę. Zabicie jej mógł zostawić innym. Pragnął tylko, by go dostrzegła. By skrzyżować z nią spojrzenie i zanurzyć się w jej potwornych oczach.

Na środku niewielkiej polanki, na dużym kamieniu skąpanym w księżycowym blasku, stała dziewczynka. Wpatrywała się białymi ślepiami w otaczających ją wojowników. Milczała, jedynie co chwilę przekrzywiała głowę, zatrzymując wzrok na kolejnych osobach. W końcu spojrzała na Yuna. W tej samej chwili zrozumiał, że nie patrzy na kogoś młodego. To były

—24—

oczy leciwej istoty. Przełknął ślinę, sparaliżowany. Gdy po kilku długich sekundach dziewczynka odwróciła wzrok, poczuł dreszcz sunący wzdłuż kręgosłupa.

Rozejrzał się. Jeśli inni czuli to samo, nie dawali tego po sobie poznać.

Jeden z wojowników wyłamał się z szeregu i zamachnął się ogromnym mieczem. Dziewczynka gwałtownie zwróciła ku niemu głowę i wyszeptała kilka słów w nieznanym języku. Mężczyzna padł martwy, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Dziewczynka również została ranna, mimo że miecz nie zdołał jej dotknąć – z kącików jej oczu popłynęła lśniąca, błękitna krew.

– Czarna magia… – zaczęli szeptać strwożeni żołnierze.

– Zabić ją! – krzyknął ktoś z tłumu. – To nie dziecko! To nawet nie jest członek ludu!

Po chwili krzyczeli już wszyscy. Obława ruszyła, a dziewczynka wyszczerzyła nienaturalnie białe zęby. Yun zapragnął uwiecznić to oblicze – stare i dziecinne zarazem – na płótnie.

Mimo chwilowego zachwytu nie różnił się wiele od innych. Podobnie jak oni poczuł w sobie instynkt łowcy. Rzucił się w pogoń za Duchem, który przeszedł przez nacierających na niego wojowników, jakby byli niematerialni, po czym, co chwila znikając i pojawiając się, niknął w dali.

– Sztuczki diabła – powtarzali wojownicy, jeden po drugim rezygnując z pościgu.

Po paru minutach tylko najwytrwalsi wciąż tropili nieznane monstrum. Większość pchana była pragnieniem zdobycia sławy i wyższej pozycji w wojsku – wizją ułożenia martwej kreatury u stóp dowódcy.

—25—

Yun za to nie miał pojęcia, dlaczego wciąż biegnie. Dlaczego tak uparcie stara się nie spuszczać z oczu smugi światła znikającej pomiędzy drzewami i małej postaci, co chwila materializującej się w innym miejscu. Przecież nawet bez tego osiągnięcia miał w przyszłości zapewnioną władzę i poważanie. Dlaczego więc tak bardzo zależało mu, by jeszcze raz ujrzeć słodko uśmiechającą się dziewczynkę?

Wytężał wszystkie zmysły, aby jej nie zgubić. W pewnym momencie zostało już tylko pięciu żołnierzy, włącznie z nim. Czuł, jak lodowaty wiatr smaga jego rozgrzaną od biegu twarz. Całe jego ciało wrzało z gorąca i wysiłku. Najchętniej zrzuciłby z siebie płaszcz, który nagle wydał mu się za mały. Gdyby nie bał się, że nie zdoła nadrobić tego krótkiego momentu rozproszenia i odpadnie z pościgu, już dawno uwolniłby się od zaciskającej się na jego tułowiu tkaniny.

Na samą myśl o straceniu dziecka z oczu drżał z przerażenia. Coś go do niego ciągnęło, nakazywało mu za nim podążać. Korciło go i mąciło przejrzystość jego myśli. Wołało go, jakby chciało, aby je znalazł.

Nagle jeden z biegnących wojowników przeraźliwie wrzasnął. Yun gwałtownie zwrócił głowę w jego kierunku. Ujrzał, jak inny żołnierz zatrzymuje się, po czym zawraca i ile sił w nogach biegnie z powrotem do obozu, krzycząc przy tym w niebogłosy:

– DIABEŁ! DIABEŁ!

Yun ujrzał, jak biała smuga goni mężczyznę i z ogromną siłą uderza go w plecy. Nie przewrócił się jednak do przodu. Zamiast tego przystanął, a wraz z nim – dwoje jego towarzyszy.

—26—

Z gardła wojownika wydostał się niekontrolowany skrzek, podobny do tego, który wydał poprzedni, martwy już żołnierz. Cała trójka zwróciła wzrok na małą dziewczynkę, która wlepiła swoje puste gałki oczne w ich przerażone twarze. Jej białe źrenice przypatrywały się każdemu z nich. Z jej nosa i oczu ciekła szlachetna krew. Dziewczynka wydawała się wycieńczona. Mimo to nikt nie był w stanie ruszyć się z miejsca. Wojownikom nogi wrosły w ziemię.

Yun dostrzegł kątem oka, że dziewczynka ma zakrwawione dłonie. Nie były one jednak umorusane jej lśniącą, błękitną krwią, ale szkarłatną – taką jak jego. Nie był pewny, czy może wierzyć własnym oczom. Postąpił parę kroków do przodu, po czym ponownie spojrzał na twarz delikatnie uśmiechniętej dziewczynki. Była zadowolona.

W tym momencie po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł prawdziwy strach, przedzierający się przez kości i paraliżujący mięśnie. Nagle zaczął wątpić, czy dożyje jutra.

Dziewczynka stała przy martwym ciele ukrytym przez głęboki śnieg, a jej drobne palce zaciśnięte były na dwóch gałkach ocznych, jeszcze niedawno należących do żyjącego wśród nich mężczyzny. Zerknęła na chłopca i ostentacyjnie wyrwała je z ciała. Yunowi żołądek podszedł do gardła, jednak zdołał zdławić mdłości.

Pozostali wojownicy musieli dostrzec to samo, gdyż wyciągnęli miecze i, zajadle wpatrując się w Ducha, poczęli powoli ku niemu sunąć. Stawiali dokładne i ciche kroki, jakby polowali na zwierzynę, której nie chcą spłoszyć.

Yun po raz pierwszy dostrzegł różnicę pomiędzy nim a naprawdę doświadczonymi żołnierzami Teryntu. Możliwe, że

—27—

nawet poczuł dla nich podziw. Nie dziwił się w tym momencie, że wojskom tego państwa udało się zająć większość Wysp. Skoro byli w stanie walczyć przeciw tak dziwacznym wybrykom natury, to nic innego nie mogło ich przerazić. Musieli być niezwyciężeni.

Dziewczynka najwyraźniej nie zamierzała jednak kontynuować swojej szarży. Nie poczekała, aż mężczyźni do niej dopadną. Zniknęła. Po prostu rozmyła się w powietrzu. Zdezorientowani wojownicy zastygli w miejscu, czujni na każde niebezpieczeństwo.

Yun, tchnięty nagłą myślą, zwrócił się w stronę, w którą wcześniej wszyscy podążali. W oddali dostrzegł wpatrującą się w jego stronę dziewczynkę, która ręką pokazywała mu, aby za nią podążył. Nie miał pojęcia czemu, ale zerwał się do biegu i popędził za dzieckiem, nie zważając na krzyki wojowników, by się zatrzymał, by nie był głupcem.

Został sam. Jednak strach już go opuścił, a wnętrze ponownie przepełniła zajadłość człowieka naturalnie okrutnego i pragnącego uznania. Nie zważając na to, jak skończyli niektórzy jego towarzysze, powtarzał sobie, że przyniesie generałowi głowę potwora. Nie odczuwał już podziwu względem żołnierzy. Pogarda, którą wcześniej ich darzył, powróciła ze zdwojoną siłą. W końcu za pięćdziesiąt dziewięć dni zostanie magiem i wtedy nikt z nich nie będzie się z nim równał. Wielkość i moc były mu przeznaczone. Najwięksi nawet wojownicy nigdy nie dorastali i nigdy nie będą dorastać mu do pięt.

Napędzany takimi myślami dotarł na kolejną, pokrytą grubą warstwą śniegu polanę. Jego oczom ukazała się stara, opuszczona chata. Blask księżyca sprawiał, iż chłopcu zdało się, że

—28—

nadchodzi ranek. Biel roztaczająca się wokoło była tak jasna, a jego zmysły tak trzeźwe jak nigdy. Upojony wysiłkiem, jakiego wymagała od niego pogoń, mógłby już nigdy więcej się nie poruszyć, gdyby nagle naprzeciwko niego nie pojawiła się dziewczynka. O jej nadejściu zwiastowała jedynie smuga światła – tak szybka, że gołym okiem nie dało się jej przyuważyć.

– Duch – wyszeptał, ponownie czując, jak całe jego ciało zamiera.

Mimo to nie bał się. Monstrum wytwarzało wokół siebie przyjazną aurę. Nie spodziewał się, że w jego pobliżu będzie mu tak przyjemnie. To spotkanie miło go zaskoczyło.

– Moje imię brzmi Vaqirra – rzekła dziewczynka nienaturalnie dorosłym głosem.

Jej ciemna skóra kontrastowała z otaczającym ją śniegiem i jarzącymi się w ciemności oczyma, od których Yun nie mógł odwrócić wzroku. Były takie przyciągające. Tak nieziemsko puste. Nie miały źrenic. Fascynujące… Też by takie chciał. Kiedyś sobie takie sprawi.

– Czego chcesz? – szepnął, zauważając, że ponownie zaczyna odczuwać mróz nocy.

Był spocony. Jeżeli ta rozmowa potrwa dłużej, niż zakładał, dziewczynka nie będzie musiała nawet kiwnąć palcem, by go zabić. Wystarczy, że pozostawi go w bezruchu, niezdolnego do postawienia pojedynczego kroku. Jego towarzysze znajdą go nazajutrz zamarzniętego. Będzie przypominał wyjątkowo szlachetny posąg.

Swoją drogą… posąg swojej osoby też sobie kiedyś sprawi.

– Króla – wyznała dziewczynka.

Chłopiec ze zdziwieniem uniósł brwi. Zanim zdążył cokol-

—29—

wiek odpowiedzieć albo choćby zastanowić się, co właściwie te słowa miały oznaczać, poczuł, jak jego ciało lodowacieje. Jak każda komórka zamarza. Jego mózg stawał się kawałkiem lodu i przestawał funkcjonować. Yun chciał krzyczeć, ale nie mógł otworzyć zamarzniętych ust. Z jego oczu chciały cieknąć łzy, jednak zamarzały natychmiast po wydostaniu się na zewnątrz, tworząc warstwy lodu na otwartych gałkach ocznych.

Zamieniał się w bryłę lodu – bardzo boleśnie i bardzo powoli. W taki sposób, że odczuwał każdą najmniejszą zmianę zachodzącą w jego organizmie. Nie mogąc jednak znieść podobnego bólu, prawie od razu stracił przytomność.

Mimo to był najzupełniej pewny, że te minuty trwały całą wieczność.

—30—

Rozdział 2

Kasandra

Dziewczyna zmarszczyła nos, przekręciła się na bok i wydała z siebie cichy jęk.

– Jeszcze za wcześnie – mruknęła.

Mimo jej nalegań ktoś cały czas delikatnie ją łaskotał, zmuszając, aby w końcu dała za wygraną i otworzyła oczy. Zdenerwowana żachnęła się i poderwała z miejsca, aby złapać winowajcę. Zamarła w połowie ruchu.

Czyżby wciąż spała? Widok, jaki się przed nią rozciągał, ani trochę nie przypominał pokoju, w którym zasypiała.

Przetarła oczy pięściami, ale nic się nie zmieniło. Prędko powstała i równie prędko struchlała. Jej ciało owiał zimny, wczesnowiosenny wiatr. Nie przeraziła się jednak dlatego, że było jej chłodno, ale dlatego, że stała na środku ogromnej polany, po której bokach ciągnął się las, a której ani końca, ani początku nie dało się dostrzec. Co gorsza – była całkowicie naga. Nie miała na sobie nawet pojedynczej skarpetki.

Na początku ani drgnęła. Dopiero po chwili, kiedy mózg przetworzył już sytuację, szybko ukucnęła i skryła się wśród wysokich traw.

Skupiła się, aby przypomnieć sobie poprzedni wieczór. Czy wychodziła z domu? Może spotkała się z przyjaciółmi? Albo poszła na imprezę i wypiła tyle, że nic nie zapamiętała? Ale czy to możliwe, żeby nikt jej nie zatrzymał, żeby nikt nie widział, jak nietrzeźwa przemierza ulice Londynu w niewiado-

—31—

mym kierunku? Czy w ogóle gdziekolwiek w pobliżu Londynu zmieściłoby się tak ogromne wrzosowisko?

Zaczęła się szczypać. Tylko to przyszło jej do głowy, bo przecież musiała wciąż śnić. Ale czemu, do cholery, jest naga? I czemu się nie budzi? Zbierało jej się na płacz.

Jej jasnobrązowe włosy poplątały się i napuszyły. Na rękach i nogach pojawiła się gęsia skórka. Przez chwilę jeszcze starała się sobie wmówić, że to wszystko jest tylko okropnym koszmarem, lecz ten argument raz po raz tracił swoją moc. W końcu rozryczała się jak małe dziecko.

Kiedy zdała sobie sprawę, że więcej łez już w sobie nie znajdzie, zauważyła, że zaczyna robić się jaśniej. Łuna wschodzącego słońca przybierała na sile, a ona dostrzegała coraz więcej szczegółów rozciągającego się wokół terenu.

Wkrótce zaczęły jej drętwieć nogi. Nie mogła już dłużej usiedzieć w jednym miejscu, więc wstała, skrzyżowała ręce na piersi i powiodła wzrokiem po otoczeniu. Poszukiwała jakiegokolwiek miejsca, które wskazywałoby, że znajdzie tam ubrania.

Podświadomie wiedziała, że nic takiego tu nie ma, więc najprawdopodobniej będzie musiała błąkać się nago po lesie, aż ktoś jej nie zauważy i nie zaoferuje pomocy.

Gdyby trafiła na kogoś przesądnego, to pewnie ów przypadkowy nieszczęśnik wziąłby ją za wilkołaka wracającego z nocnego polowania i struchlały pozostawił ją samej sobie.

Westchnęła. Zawsze lepiej było trafić na mężczyznę przesądnego niż spitego i żądnego przygód.

Zerwał się wiatr, a jej ciałem wstrząsnęły dreszcze. Przeklęła cały świat i ruszyła w kierunku, gdzie wydawało jej się, że

—32—

dostrzegła zarys domu. Modliła się, żeby to miejsce naprawdę okazało się zamieszkane, żeby znalazła tam szafę pełną ubrań, żeby drzwi wejściowe były otwarte i żeby nie było gospodarza.

Zrobiło się już zupełnie jasno. Jej bose stopy raz po raz natrafiały na wystające z ziemi witki, zmuszając ją do ostrożnego marszu. Nie chciała skończyć z patykiem wystającym z nogi.

Z zaskoczeniem dostrzegła, że to początkowo niewielkie – jak zakładała – domostwo jest tak naprawdę ogromną willą. Zbudowana została na wzór pałacyków, które nieraz dane jej było oglądać, kiedy na wycieczkach szkolnych zwiedzali zabytki. Kasandra zauważyła mnóstwo ubytków w cegłach, a w murze, który otaczał posesję, ziało tak wiele wyrw, że stojąc niedaleko schodków prowadzących do wejścia, mogła dojrzeć rozciągający się za nim ogród. Ściany pokrywał gęsto zarośnięty bluszcz, spomiędzy którego przebijały się pędy winorośli, a okna pozasłaniane były ciężkimi, bordowymi zasłonami.

Tajemniczy wygląd willi obudził w Kasandrze jej wścibską naturę.

Cieszyła się, że słońce zdążyło już wzejść na tyle, aby dom nie wydawał się nawiedzony. Wiedziała, że gdyby pojawiła się tu w środku nocy, prędzej naraziłaby się na zapalenie płuc, oczekując brzasku na zewnątrz, niż postawiła stopę wewnątrz tego zamczyska. Teraz jednak, pchana chłodem i rodzącą się w niej fascynacją, postąpiła naprzód.

Zaczęła wchodzić po coraz bardziej zwężających się stopniach. Balustrady wyginały się w przeciwległe strony, sprawiając, że nastolatka czuła się, jakby posiadłość witała ją z otwartymi ramionami.

—33—

Już miała nacisnąć złotą klamkę – w takim stanie nie zamierzała pukać i czekać, aż przywita ją gospodarz – gdy wrota gwałtownie się otworzyły i zderzyły z jej czołem.

Krzyknęła i zatoczyła się do tyłu. Przezornie jednak schowała się za skrzydło drzwi, przez co zdezorientowany mieszkaniec tylko ją usłyszał, lecz nie zobaczył.

– Cofnij się! – rozkazała Kasandra, wystawiając zgiętą w łokciu rękę za skrzydło drzwi i machając nią w powietrzu.

Kiedy nikt jej nie odpowiedział, nieco się wystraszyła. Czyżby gospodarzowi coś się stało?

– Jesteś człowiekiem? – rozległ się na szczęście podekscytowany męski głos.

Kasandra zamilkła.

Obcokrajowiec? A na dodatek Polak? Poszła spać w londyńskiej kamienicy, a obudziła się gdzieś wśród polskich lasów? Nie… Tak nie mogło być… On pewnie… On pewnie po prostu kiedyś mieszkał w Polsce, a teraz przebywał w Anglii. I tyle, zagadka rozwiązana.

– Jesteś człowiekiem? – powtórzył gospodarz. Jego głos wciąż wskazywał na rozpierającą go ekscytację. Podejrzaną ekscytację.

– A kim? Niedźwiedziem? – odparła po polsku.

Znała ten język. Do ósmego roku życia mieszkała w tym kraju. Dopiero później razem z rodziną przeprowadzili się do Londynu, aby opiekować się chorymi rodzicami mamy.

– To czemu chowasz się za drzwiami? – zapytał, a Kasandra usłyszała, jak porusza się do przodu, zapewne z zamiarem spojrzenia za drzwi.

Niewiele myśląc, z całej siły pchnęła skrzydło wrót. Zanim

—34—

zamek się zatrzasnął, usłyszała głośny jęk zmieszany z okrzykiem zaskoczenia.

– Kurwa!

Prychnęła pod nosem. Od śmierci taty nie słyszała, żeby ktokolwiek bluzgał w podobny sposób. No, może oprócz Jace’a, ale on nie potrafił wypowiedzieć tego słowa bez zbędnego, brytyjskiego akcentu.

Prędko przylgnęła uchem do drzwi i krzycząc na tyle głośno, aby ten usłyszał, wyjawiła przyczynę swojego dziwnego zachowania:

– Jestem naga!

Odpowiedziała jej głucha cisza.

– Co?! – odkrzyknął chłopak.

– Jestem naga! – powtórzyła się. Znów cisza.

– Otwórzmy drzwi tak jak na początku! Łatwiej nam będzie dojść do porozumienia! – Usłyszała w końcu. Za chwilę rozległo się skrzypienie naciskanej klamki.

Stanęli po obu stronach kunsztownych wrót. Przed oczami Kasandry rozpościerał się krajobraz dzikich wrzosowisk, z których właśnie przybyła. Choć znalazła się w osobliwej sytuacji, nie potrafiła nie zauważyć piękna tego miejsca. Wrzosy szumiały na wietrze niby fioletowe morskie fale, a rosnący wokół las tworzył tajemniczą zieloną barierę. Gdyby nie to, że była porządnie skrępowana, na pewno przysiadłaby na jednym ze schodków i dała sobie chwilę, by nasycić się tym widokiem.

– Następnym razem, jeżeli będziesz chciała zamknąć drzwi, uprzedź mnie, proszę. – Głos chłopaka był niski, ale dało się w nim wyczuć młodzieńczą nutę.

– Nie ma problemu.

—35—

– Eee… na początek mam parę pytań – powiedział, nerwowo odchrząkając w środku zdania. – Kim jesteś? Czemu nie masz na sobie ubrań i co tak właściwie tutaj robisz? Albo raczej… jak się tutaj znalazłaś?

– Właściwie to nie mam pojęcia – wyznała zgodnie z prawdą, zdając sobie sprawę, jak absurdalnie to brzmi.

– Nie masz pojęcia, że… że co?

– Że wszystko… Nie znam odpowiedzi na żadne pytanie. Po prostu się tu obudziłam. Na środku tej polany. – Odruchowo wskazała palcem w dal, choć chłopak nie mógł zobaczyć tego gestu.

– Naga? Obudziłaś się naga na środku polany i nie masz pojęcia, co to za miejsce?

Westchnęła, po czym opowiedziała chłopakowi niedawne wydarzenia.

– Wydaje mi się, że tej nocy byłam w domu, więc wychodzi na to, że po prostu położyłam się spać i obudziłam się tutaj… Rozumiem, jak to brzmi. Być może jednak dokądś poszłam i coś zażyłam, przez co nic nie pamiętam… W każdym razie chcę cię tylko poprosić o ubrania. Wezmę je i sobie pójdę, no i obiecuję, że je oddam albo odeślę pocztą, albo przyniosę tu osobiście. – Zaczerpnęła głęboki wdech. Miała nadzieję, że ta historia nie brzmi zbyt nieprawdopodobnie. W końcu każdemu może się czasami urwać film. To nie aż takie nadzwyczajne.

Tymczasem chłopak, wysłuchawszy Kasandry, lekko się zmieszał…

– Jeżeli chodzi o te ubrania, to… – Podrapał się z tyłu głowy. – Właśnie wynikła taka sytuacja, że no… niezbyt jakiekolwiek mam.

—36—

Kasandra powiodła spojrzeniem na grube drewno oddzielające ją od rozmówcy. Czyżby mimo wszystko nie miała tyle szczęścia i trafiła na dziwnego podlotka?

– Siedzisz w tak ogromnym domu i nie masz tu żadnej szafy z ubraniami? To co? Ty też jesteś nago?

– Nie… Bo wiesz, chodzi o to, że miałem szafę, i to całkiem sporą, ale jakoś tak wyszło, że godzinę temu poszła z dymem.

– Poszła z dymem? – Kasandra nie rozumiała.

– No, wybuchła… – wyjąkał wyraźnie speszony chłopak.

– I co? W całej tej willi była tylko jedna szafa? Żyjesz tu sam? – Dziewczyna zaczęła nerwowo pukać opuszkami palców w prawe udo. Z każdym słowem chłopaka coraz mniej mu ufała. Jego relacja wydawała się nadzwyczaj mało prawdopodobna. Choć jej nie prezentowała się dużo lepiej.

Zerknęła w kierunku lasu. Mogła ratować się ucieczką, ale do linii drzew było dosyć daleko, a ona nie była najlepszą sprinterką. Wolała biegać wolno, na spokojnie, delektując się chwilą. Chłopak pewnie bez problemu by ją dogonił.

– Żyję tu sam, ale masz rację, pewnie są tu jeszcze jakieś szafy, może nawet całe garderoby. Rzecz w tym, że ten dom mnie przeraża i nie śpieszy mi się, żeby go zwiedzać. Jedną część znam bardzo dobrze, a resztę czasu wolę spędzać, eksplorując las. Tam jest mniej strasznie.

Dziewczyna zmarszczyła brwi i oparła się plecami o zimne cegły. Poczuła, jak przez jej kręgosłup przebiegają dreszcze. Słowa chłopaka sprawiły, że chciała dokładnie go wypytać o miejsce ich pobytu, ale stwierdziła, że zacznie się tym martwić potem. Na razie trzeba było załatwić sprawę ubioru.

—37—

– Jak nie masz nic innego, to zawsze możesz dać mi swoje ubrania – zaproponowała.

– Słucham?

– Nie widzę innego wyjścia. Ty masz chociaż bieliznę, a jak się wstydzisz, to możesz jeszcze owinąć się ręcznikiem czy… kocem. Takie rzeczy na pewno masz. Ja jestem dziewczyną i potrzebuję bluzki i spodni.

– Ale…

– Masz inny pomysł? – Brak odpowiedzi. – To daj mi je… Poproszę.

Choć z ociąganiem, chłopak wykonał polecenie i oddał swoje odzienie.

– Poczekaj tu, pójdę po ręcznik. – Kasandra usłyszała oddalający się w głąb domostwa głos. Ulżyło jej, że gospodarz okazał się porządnym człowiekiem, przynajmniej na razie.

Nie zamierzała jednak czekać, aż wróci i zaprosi ją do środka. Bez wahania postawiła pierwsze kroki na posadzce szerokiego, pięknie przyozdobionego holu. Z otwartymi w zachwycie ustami weszła do salonu i oniemiała.

W centrum, niczym w bajkowym pałacu, znajdowały się ogromne schody. Ich stopnie wyłożone były bordowym, wzorzystym dywanem, a schodząca z poręczy farba zdradzała, że domem od dawna nikt się nie opiekuje. Mahoniowe meble i zasłonięte okna potęgowały panujący tu półmrok. Jedyne światło tliło się z okazałego żyrandola – z umocowanych na nim w złotych okręgach świec.

Sala była tak ogromna, że Kasandra poczuła się wyjątkowo mała. Chłonęła powietrze wypełnione wspomnieniami nieznanych jej ludzi. Kiedyś musieli tu przecież żyć wielcy ksią-

—38—

żęta. Co noc wybrzmiewała pewnie balowa muzyka, a śmiechy gości niosły się po całej okolicy.

Gdzie Kasandra się znalazła? Czyżby mimo wszystko nadal śniła?

Usłyszała dochodzący znad schodów głos. Na ich szczycie ujrzała księcia z baśni. Jego starannie zaczesane włosy mieniły się w blasku świec, a marynarka przyozdobiona była licznymi orderami, przypominającymi o jego szlachetnych czynach. Unosił dumnie podbródek, co dodawało mu wyniosłości, i uśmiechał się promiennie.

– Nieźle wyglądasz – odezwał się i zbiegł po schodach. – Chcesz coś do jedzenia? Picia? Czy od razu pójdziemy szukać szafy? – rzucił niedbale, ziewając.

Czar prysł. Rozsypał się niczym kawałki szkła. Stojący przed Kasandrą chłopak wyglądał przyjaźnie, jednak zdecydowanie nie królewsko. Wydawał się… zwyczajny. I choć widać było, że nie przespał dobrze nocy, z niewiadomego powodu tryskał radością.

Pomijając śmieszny strój, składający się z białego ręcznika, którym chłopak opasał biodra, i cienkiej, czarnej marynarki, pod którą widniał goły brzuch, Kasandra uznała, że miał nawet potencjał. Tylko jemu najwyraźniej było wszystko jedno. Wystarczyło spojrzeć na jego czuprynę – ściął się na mulleta, a raczej na coś, co prawdopodobnie miało nim być, tyle że zapewne obcinał się samemu, jedną ręką operując nożyczkami do papieru, a drugą jedząc kolację.

– To jak? Taki piękny jestem, że się tak gapisz? Może trochę podrosłem – dodał z uśmiechem, po czym nie dając Kasandrze dojść do głosu, przedstawił się: – A tak w ogóle to jestem Leon

—39—

Złóż zamówienie i przeczytaj fizyczną kopię!

(Epilog na kolejnej stronie)

Zamów · 54,99 zł

Epilog II

– Nie możemy się zabić bez niej? – Kalrofas po raz tysięczny zadał to samo pytanie, na co Tylyia po raz tysięczny przekręciła oczami, po czym po raz tysięczny spiorunowała go zirytowanym wzrokiem. Jęki chłopaka były ostatnim, czego w tej sytuacji potrzebowali.

– Zaiden? Yeti? Quze? Baiyen?

Odpowiedziała jej cisza i znudzone cmoknięcia. Czworo oderwanych od brydża Wiecznych nie pałało zbytnim entuzjazmem na myśl, że mieliby podjąć się jakiegoś zajęcia, choćby była to tylko rozmowa.

– Może po prostu poczekamy, aż wróci? – Elie z głupowatą miną zerknął w kierunku Tylyii, która – choć uwaga była nadzwyczaj niepotrzebna i ironiczna – z ulgą zauważyła, z czyich ust się wydobyła.

– A ty gdzieś się szwendał?

– Wyszedłem na spacer. Skąd mogłem wiedzieć, że w końcu uda ci się ich opanować? – Elie zapalił cygaro i zasiadł na murze. Wpatrywał się w ten sam nudny widok chmur, co przez poprzednie tysiące lat. Musiał jednak przyznać, że krajobraz widziany z wieży jest może leciutko, leciuteńko ładniejszy niż z niższych komnat.

– Wystarczyło zabrać im karty. Zrobią wszystko, żeby je odzyskać.

– My wciąż tu jesteśmy – wciął się Baiyen, znużony de-

—401—

monstracją siły dwóch współegzystujących z nim Wiecznych. Złość jednak schodziła na poboczny plan, gdy szło o wymyślone przez ludzi gry.

– Samą obecnością nie odzyskacie gierki, musicie się udzielać. To narada, nie wykład. – Elie zwrócił się do czwórki z udawaną grzecznością.

– Dobrze więc – zaczęła Yeti. – Stawiam mój głos na Tylyię, niech posiądzie ciało człowieka i obroni Ludy. – Dziewczyna szturchnęła siedzącego obok Zaidena.

– Co? – jęknął niezadowolony. Właśnie udało mu się wyłączyć umysł na tyle, aby nie dochodziła do niego paplanina pozostałych.

– Postaw swój głos.

– Na co?

– Kto ma wziąć człowieka.

Zak na chwilę zamyślił się, po czym odpowiedział:

– Ja. Stawiam na siebie.

Tylyia wytrzeszczyła oczy.

– Nie możesz stawiać na siebie! – wykrzyknęła zirytowana.

– Nie ustaliliśmy takiej zasady.

– A wiesz w ogóle, jak one brzmią?!

– Nie, ale jestem pewny, że o tym małym aspekcie zapomnieliście.

Tylyia ze zirytowaniem przełknęła ślinę, po czym poczęła tłumaczyć sprawę w wyjątkowo prosty i ograniczony sposób. Ważne, aby prędko się z tym uwinąć.

– Zaiden, tu nie chodzi o to, kto dostanie ciało. Musimy powstrzymać Vaqirrę. To krwawe zadanie, którego nie dokonamy sami. Nie możemy przejąć człowieka, musimy nauczyć

—402—

się z nim współgrać, a każdy z nich jest inny, okropnie ciężko jest żyć w symbiozie z inną duszą. Będąc nieostrożny…

– Tak właściwie to dlaczego? – Zaiden przeczesał ręką swoje czerwono-żółte włosy. – Dlaczego nie możemy przejąć człowieka? Założę się, że Vaqirra się nie cackała, tylko wzięła, co jej się należy.

– Nic jej się nie należy i bardzo dobrze zdajesz sobie z tego sprawę. Nie wolno nam tak robić. Nie istniejemy, aby żerować na innych jak pasożyty. Jesteśmy tu potrzebni. Utrzymujemy to miejsce w całości.

Zak przekręcił oczami. Tylyia nie skomentowała. Wiedziała, że mimo częstego narzekania chłopaka zdaje sobie on sprawę z niebezpieczeństwa, jakie stwarzało przejęcie człowieczego ciała w całości – ponownie było się wystawionym na zagrożenia dla istot śmiertelnych, chyba że dotrwałoby się do samego końca i umarło ze starości. Tego jednak nikt nie mógł zapewnić, a samotna śmierć Wiecznego równała się z unicestwieniem całej krainy. Musieli zginąć wszyscy naraz.

– Czyli, Zaiden, na kogo głosujesz?

– Wciąż na siebie – odparł chłopak, ale nikt mu się nie dziwił. Im wszystkim było tęskno do materialnego ciała, a jeszcze teskniej do odejścia na drugi świat. Ten ostateczny.

– Quze? – Tylyia zwróciła się do dziewczyny wyglądem przypominającej grecką boginię.

– Ty – powiedziała. – Przynajmniej nie będziesz dokładać nam cierpień swoim gadaniem – dodała pod nosem, jednak wystarczająco głośno, aby każdy ją usłyszał. Mimo to Tylyia zignorowała również tę wypowiedź.

– Ja głosuję na Zaidena. Niech się chłopak wyszaleje przed

—403—

śmiercią. – Baiyen poklepał przyjaciela po plecach. Co prawda zrobił to tylko po to, aby dokuczyć Tylyii, ale Zaiden wciąż był mu wdzięczny.

– Ja stawiam na Tylyię – określił się Elie, nawet nie obdarzając swoich rozmówców jednym spojrzeniem. Wciąż obserwował świat na zewnątrz.

– Ja też – dodał Kalrofas, depresyjnie mierząc się wzrokiem ze ścianą. Siedział bokiem do wszystkich, a jego długie, proste włosy zasłaniały mu twarz. – Wybacz, Zaiden, ale Tylyii pewnie pójdzie szybciej, a ja chcę…

– Umrzeć, tak, wiemy. I nareszcie się doczekałeś. Wszyscy w końcu dążymy do tego samego – przerwał mu Zaiden.

– Wszyscy oprócz Vaqirry – dodał Elie, tym razem obdarzając Tylyię znaczącym spojrzeniem.

Wieczna podejrzliwie przymrużyła oczy.

„I oprócz ciebie”, pomyślała.

To nie o Zaidena się martwiła, tylko o Elie. Czy będzie potrafił postawić resztę ponad własne zachcianki? Vaqirra nie potrafiła i Tylyia w sercu obawiała się, że Elie, kiedy ona już wybierze sobie człowieka, również zejdzie na ziemię i dołączy do zdrajczyni. Prędko jednak odpędziła od siebie te przemyślenia. Jedną rzeczą, której nauczyła się przez te wszystkie lata egzystencji wśród dokładnie tego samego grona Wiecznych, było: nie myśleć, że któreś z nich ich zdradzi. Oczywiście nie wykluczało to takiej możliwości, ale jeśli mieliby spędzić wszystkie te lata na wzajemnym podejrzewaniu się, wszyscy potraciliby zmysły.

– To leć – odezwała się Quze. – Zostałaś wybrana, możesz już sobie iść.

—404—

– Jeszcze nie teraz – odparła spokojnie Tylyia. – Mam na oku kogoś, kto się nadaje, jednak nie znajduje się jeszcze w pełni wśród Ludów.

– To jak przejmiesz jego ciało? – zapytał nagle zainteresowany sprawą Baiyen.

– Człowiek odejdzie, ale wróci, aby połączyć się z tą krainą w pełni, taki jego los. Nie wiem, czy ktoś pomoże mu w jego spełnieniu, ale intuicja podpowiada mi, że…

– Ty i ta twoja intuicja – prychnął Zaiden. – Nigdy nie zawodzi, co?

– Właśnie tak. Nigdy. – Tylyia wysoko uniosła podbródek.

– Kiedy powróci człowiek? – zapytała Yeti.

– Za rok? Półtora? Nie więcej.

– Vaqirra zdąży do tego czasu podbić całe królestwo. – Baiyen dorzucił swoje trzy grosze.

– Mylisz się. Jest silna, lecz śmiertelna. Na dodatek przejęła dziecko, potrzebuje wojsk, oddanych ludzi, a przede wszystkim magów, a prawidłowe wyszkolenie Zimowych Ludów zajmie jej trochę czasu. Dodatkowo musi trzymać na smyczy swojego psa.

– Skąd wiesz? Podglądałaś? – Tym razem Quze zupełnie szczerze zaciekawiła się tematem.

– Tak, podglądałam – odparła Tylyia, a Quze westchnęła ze smutkiem przepełnionym zazdrością. Od początku ubolewała nad umiejętnościami Tylyi i była zła na Kolekcjonera za niesprawiedliwość, jaką jej wyrządził.

– A właśnie. Nie powinniśmy spytać się najpierw o pozwolenie Kolekcjonera? – zapytała, nie dlatego, że nie chciała, aby

—405—

Tylyia dostała ciało, ale dlatego, że ta istota naprawdę budziła w niej grozę.

– Nie mamy jak się z nim skontaktować, a musimy w końcu zacząć działać. Dodatkowo nie mam wglądu w jego królestwo. Jeżeli nie przybędzie do czasu, kiedy opuszczę pałac, nie będziemy mogli polegać na jego radach – odparła Tylyia.

– Może się na nas obraził. Kiedyś bardzo często przychodził na herbatkę, a ostatnio nie pokazuje się nawet przelotem. Ile to już czasu minęło, odkąd spotkaliśmy się po raz ostatni? – zapytał Elie, wyjątkowo nie kierując swoich słów w powietrze, ale ku grupie towarzyszy. Bordowy kapelusz przysłaniał mu oczy.

– Pięćset osiemdziesiąt dziewięć lat temu – odpowiedział Kalrofas, z żałością kuląc się w kącie. – Opuścił nas. Kolejny powód, aby umrzeć jak najszybciej – jęknął. – Czemu tak trudno jest się zabić?

C.D.N.

—406—

Zamów książkę · 54,99 zł